Wiersze Jesienne

Post by jaboja on 2009-11-11 02:22 1 comment(s)

Gdy zobaczyłem na Wykopie guziczki do dodawania strony do Śledzika Naszej-Klasy, zaintrygowało mnie to, bo czy nie może to posłużyć do stworzenia Naszo-Klasowego wirusa, strony, po wejściu na którą dodaje się ona automatycznie na Śledzika? Twórcy zabezpieczyli się przed tym prosząc przed dodaniem wpisu na Śledziku o potwierdzenie. Jest to pewne utrudnienie, jednak okazuje się, że nie blokują możliwości umieszczenia strony Śledzika w ramce na własnej stronie. Można więc poprzykrywać ich stronę innymi elementami, tak, że wystaje tylko przycisk do wysyłania wpisu na Śledzika.
Sprawdziłem, czy to działa. Testowa strona jest tu: http://jaboja.pl/nk.php.
Efekt? Ponad 50 tys. wejść w parę godzin. Swoją drogą ciekawe, czy osoby te zobaczywszy co się stało zrozumiały co zaszło i wiedzą, że wpisy ze Śledzika można usunąć. Ale tak czy siak autorzy NK powinni ten błąd usunąć. Na razie zablokowali sam adres http://jaboja.pl/nk.pkp, ale problem pozostaje. Szczegóły jednak opiszę, jak już problem rozwiążą całkowicie, aby nie ułatwiać omijania dotychczasowych filtrów mym naśladowcom. Zabawa jest co prawda przednia, ale kolejne zastosowania jednoznacznie czynią z niej narzędzie do rozsyłania reklam (de facto spamu) — np. http://szalony-sledzik.xt.pl/ (ale tym razem nie klikajcie w „Wyślij&rdquo
. Z góry jednak mówię, że za kolejnymi stronami nie stoją już ja, lecz osoby które skopiowały moją stroną, bądź wykorzystały sam pomysł.
Ponieważ przez owy dzień, gdy uruchomiłem moją wersję strony nabiło się już dość dużo statystyk chciałem sprawdzić jeszcze kolejną rzecz. Usunąłem ze strony guziczek, a zamiast niego dałem wyjaśnienie. W ten sposób mam drugi dzień statystyk wygenerowany tylko na linkach wcześniej do NK (i w sumie innych stron również) dodanych. Rezultat: 13 tys. wejść. W liczbę tą wlicza się jednak pewien niewielki odsetek tych naśladowców, którzy nie usunęli kodu z własnych stron (nie wiem też kiedy NK zbanowało moją stronę na Śledziku). Skoro jednak tak jest to spadek mnie niezmiernie cieszy, bo widać bądź ludzie poznali już zagrożenie, bądź bany adresów w NK jednak jakiś efekt dały.
Dużo wejść zyskał też niniejszy blog. W czwartek (wtedy wieczorem tworzę stronę) 52 wejścia (w środę tylko 1), w piątek (strona działa) 272, w sobotę (strona bez efektu wirusa) 1229. Zobaczymy co będzie dalej. Przypuszczam, że wyjaśnienia tego fenomenu jeszcze przez parę dni przysporzą jej popularności, a potem wszystko wróci do normy.
Co dalej? Dziś przywróciłem na stronie przycisk, jednak wyjaśnienie (nieco przeredagowane) zostawiam, aby nikt mi już nie mógł zarzucić, że osoby wchodzące na stronę reklamują ją nieświadomie. Ciekaw jestem, czy w takiej wersji odnotuję jakiś wzrost liczby wejść, oraz czy NK i tą stronę zablokuje. A właśnie, bo zmieniłem ciut adres, żeby ominąć bana. Ufam jednak że NK tym razem, z racji wyjaśnienia do czego przycisk służy, nie zbanuje nowej wersji strony, tj.:
http://jaboja.pl/nk/wada_sledzika
ps. A jeśli zdarzy się i tak, że ktoś z pracowników NK trafi tu w owej sprawie to:
1. W intro mojej strony jest podany kontakt do mnie. Jeśli uważacie, że w ogóle nie warto publikować tego, co tu piszę, lub owej strony, napiszcie, a stronę i wpis bloga usunę.
2. Problem można naprawić prostym skryptem, rozważcie to: if(top.location!=document.location)top.location=document.location
Alternatywnie można losować pozycję okienka z przyciskiem w pewnym zakresie (wtedy nie da się jednoznacznie wykadrować), lub użyć zamiast okienek na warstwach systemowego okienka wywoływanego przez prompt(), bo jego nie da się zakryć innymi elementami strony.
Zmieniany 2 raz/y. Ostatnio 2009-11-01 11:22 przez jaboja.
Wakacje się zaczęły, a w Poznaniu odbywa się festiwal animacji "Animator 2009", takoż pojechałem sobie nań do rzeczonej stolicy Wielkopolski.
Główny element, to oczywiście pokazy animacji - tak konkursowe, jak i pozakonkursowe. Z tych drugich byłem na bajce dla dzieci "Odwrócona góra albo Film Pod Strasznym Tytułem", w ramach "Animatora dla dzieci" (Leszka Gałysza), oraz na filmach studentów Marioli Brillowskiej w ramach "Strefy alternatywnej". Pierwsze fajne, wszak ja lubię animowane bajki z Polski i okolic. Drugie jednak niespecjalnie dla mnie. Cóż, nie gustuję w sztuce której "alternatywność" polega na szokowaniu (przemilczmy jednak szczegóły, bo niesmaczne).
Animacje konkursowe dla odmiany były bardo zachwycające. Mnóstwo różnych technik, tematów i idei, a gdy człek chciał na coś zagłosować (głosowało się na nagrodę publiczności), to nie bardzo było wiadomo na co, bo każdy pokazywany film zdawał się być właśnie tym - najlepszym.
Pod względem techniki animacji najbardziej spodobała mi się chyba jedna, malowana, chyba farbami olejnymi, albo akrylami (hmm... teoretycznie mogła być też malowana na komputerze, tak aby wyglądała jak farby). Niesamowite w niej było dla mnie to, że ktoś porwał się na malowane kolejnych klatek. Było co prawda widać, że tam gdzie mógł nie malować po kilka razy, to nie malował, ale cały efekt był fajny.
Dość ciekawa była też jedna z animacji nadesłanych przez kogoś z Rosji. Tytuł w wersji angielskiej brzmiał "What I Have", w rosyjskiej nie pamiętam dokładnie (chyba "То, Что у меня"). Nie umiem powiedzieć jaką techniką została wykonana, bo było to dość specyficzne i nie przychodzi mi do głowy, jak można było osiągnąć taki efekt. A efekt był wspaniały, choć czarno-biały.
Pod względem samej treści podobał mi się z kolei między innymi filmik o muszce żyjącej minutę (pt. "One Minute Fly"), która próbowała w swym krótkim życiu wypełnić długaśną listę "rzeczy do zrobienia w życiu", a na sekundę przed upływem tejże minuty została zalana żywicą która zamieniła się w bursztyn. Ostatnia pozycja na liście brzmiała "Become Famous".
Oprócz pokazów animacji w ramach festiwalu odbywały się też warsztaty dla dzieci "Animator Jutra", oraz warsztaty z oprogramowania firmy Toon Boom. Niestety nie wiedziałem wcześniej, że konieczna jest rejestracja, warsztat z programu Animate przeszedł mi więc niestety koło nosa (na niego najbardziej liczyłem). Udało mi się natomiast (w poniedziałek
) zarejestrować na warsztat z cyfrowego storyboardingu, który odbył się w środę (z racji dużego zainteresowania zrobili dodatkowy, nadplanowy
). Warsztat był bardzo ciekawy i poszerzył mi trochę horyzonty w kwestii komputerowego tworzenia filmów animowanych. Muszę się jeszcze we własnym zakresie poduczyć ominiętego Animate'a i zacząć tworzyć jakieś fajne filmy. Na szczęście skróty klawiszowe , oraz układ menu i interfejsu są w Animate'sie podobne jak w Storyboardzie, a na jutjubie jest sporo filmów instruktażowych, więc jakoś powinienem dać teraz radę (wcześniej jakoś nie rozumiałem do końca tych programów). Cóż, jak Bóg da, всё будет хорошо. 
Z okazji początku wakacji, aby spożytkować ten czas na coś twórczego, rozpoczynam na swej stronie akcję „Lipiec Limeryków”.
Co dzień zobaczycie takoż nowy limeryk, a na pierwszy zapraszam już dziś, na specjalnie w tym celu stworzonej podstronie:
Post by jaboja on 2009-07-01 02:03
1 comment(s)
Dnéska (a včera) jsme byli v Ústí nad Labem, kde bylo hrozné pekné.
Dziś (i wczoraj) byliśmy w Uściu nad Łabą, gdzie było bardzo pięknie.
W piątek zaliczyliśmy jeszcze Drezno, także ładne miasto. Ale zacznijmy od Drezna — wszakoż po kolei.
Drogi do Niemiec wiodły nas proste. Jak to w unii, granicę poznać dało się tylko po zmianie designu znaków drogowych oraz resztkach dawnego terminalu. Ale gdy znaleźliśmy się już w Niemczech, dało się poznać jakoby był to inny świat. Drogi sprawiały wrażenie zadbanych, wiele było tuneli (w Polsce rzecz rzadka), nawet pod całkiem niskimi pagórkami. Tudzież przejścia nad drogą — dla zwierząt leśnych pewnie. Niemcy widać są bardzo ekologiczni. Zresztą tak w Niemczech, jak i w Czechach, powszechnym elementem krajobrazu były śmigła elektrowni wiatrowych.
Okazuje się, że nasi zachodni sąsiedzi w przeciwieństwie do nas dbają, by otoczenie drogi było ładne i schludne. Tak jak u nas ekrany przy autostradach (hmm… nie, drogach szybkiego ruchu, u nas autostrad jak na lekarstwo) są niezbyt atrakcyjne. Niby kolorowe, ale wcale nie ładne, bez smaku i wyczucia. A przy niemieckich autobanach ładne, estetyczne, niektóre drewniane, inne murowane, ale z puszczoną na nie roślinnością. Nie szpecą, tylko zdobią. Nie wiem czemu u nas by tak być nie mogło?
W samym Dreźnie najsampierw uderzył mnie brak wielkiej płyty. To znaczy bloki są, ale wyglądają jak te nowo budowane u nas. Takich klasycznych, szarych, jakie na wschód od Odry można znaleźć aż po kraj świata nie ma wcale.
Poza tym rowery… było ich stosunkowo dużo, ale co ciekawsze, niemcy zostawiają je na stojakach generalnie nie przypinając ich doń. Czyżby rzeczywiście nie było tam takiej plagi złodziejstwa jak u nas? Wszak w Polsce rower, mimo przypięcia, boję się pozostawiać na noc na parkingu i noszę na 3 piętro akademika, licząc że ewentualny złodziej zadowoli się którymś z tych stojących na parterze, 1 lub 2.
W Dreźnie, prócz obowiązkowego zaliczania miejsc z resztą grupy (ehh… nie lubię jak się gdzieś idzie tylko obfotografować się na tle czegoś — jak dla mnie starczył by Photoshop), z paroma zainteresowanymi osobami byłem jeszcze w galerii Gemäldegalerie Alte Meister, gdzie miałem okazję obejrzeć oryginalne obrazy Rubensa, Vermeera, oraz wielu innych.
W gruncie rzeczy wiele z nich wcale swoim poziomem aż tak nie zachwyca. Ale np. Vermeer ma w sobie coś, czego wielu innym twórcom brakuje. Jego obrazy mają w sobie jakiś urok, jakąś tajemnicę. No i zastanawia też trochę, jakich pigmentów używał, bo wyraźnie są różne od kolorów w większości innych obrazów w galerii. Oprócz niego podobały mi się też różne romantyczne pejzaże i niektóre z innych dzieł, jak na przykład święta Agnieszka autorstwa José de Ribera (obrazek obok).
W piątek wieczorem wszakoż pojechaliśmy do Czech, gdzie mieliśmy nocować. Granica między Niemcami, a Czechami w praktyce nie istnieje — ot jedziesz tunelami i nagle odkrywasz, że znaki nabrały innych kształtów i są na nich czeskie napisy. Nawet ruin terminali nie uświadczysz. Nocowaliśmy w Ústí nad Labem (Łabą).
W parafii w Ústí pracuje polski ksiądz, który pod nieobecność czeskiego proboszcza nas ugościł. Opowiadał nam też o swej pracy w Czechach. Z tego, co mówił, tylko 0,5% czechów jest wierzących, a w 100 000 Ústí jest tylko jedna parafia. Zresztą księży brakuje, przez co ksiądz musi jeździć odprawiać msze również do sąsiednich parafii. W niedzielę (gdy już odjeżdżaliśmy) odbywała się Pierwsza Komunia — na całe Ústí tylko 6 dzieci. A gdy byliśmy na niedzielnej mszy to prócz nas w kościele były głównie osoby starsze, młodzież można by policzyć na palcach jednej ręki.
Niedzielną mszę mieliśmy po czesku. Samo czytanie i kazanie było całkiem zrozumiałe, problemów nastręczały natomiast odpowiedzi. Człowiek zastanawiał się, czy powinien próbować mówić po czesku (w sumie nie bardzo wiadomo jak co brzmi), czy wyłamać się z tłumu i mówić po polsku. Ojcze Nasz summa summarum modliłem się po polsku, z innymi modlitwami i pieśniami jakoś próbowałem, ale z braku tekstu przed oczami zbyt wiele nie byłem w stanie powiedzieć.
Ciekawostką jest tu natomiast historia jednej z naszych koleżanek, która nie znała czeskiego i siedziała koło starszej pani, a owa pokazywała jej miejsca w tekście pieśni myśląc, że ta się zgubiła. Przy nieznajomości czeskiego jej to jednak nie poratowało. Ja w sumie gdybym miał tekst przed oczami pewnie bym sobie poradził lepiej, bo z czeskim alfabetem miałem już styczność, jednak dziadek, który siedział koło mnie pokazał mi tekst dopiero pod koniec końcowej pieśni — takoż sobie nie pośpiewałem.
Po mszy dziadek zaczął mi mówić po czesku, że chyba się rozglądam, że tak dużo ludzi (czy młodzieży? nie zrozumiałem do końca), bo zwykle nie ma. Cóż, jak dla mnie ludzi było strasznie mało, jak na niedzielną mszę, bo w Polsce takie ilości bywają na różańcach, a nie w niedzielę. Ale nie umiałem mu po czesku odpowiedzieć.
Będąc już przy temacie języka czeskiego pochwalę się jeszcze, że nawiedziłem okoliczne knihkupectví (księgarnię), gdziem zakupił sobie „Malého Prince” („Małego Księcia”) — po czesku. W chwili gdy piszę te słowa przeczytał jużem był całego, nawet rozumiejąc o czym czytam (no, z malutkimi wyjątkami, ale generalnie rozumiejąc). A skoro już się chwalę to i pozachwycam się nim. Otóż tak jak po polsku Książę oswaja liska, to po czesku jest to liška. Czyż to nie fajne? Pewnie ta zmiana płci wynika z rodzaju rzeczownika określającego gatunek, niemniej to takie słodkie. Prócz tego pozwolę sobie jeszcze kilka istotnych cytatów z „Malého Prince przytoczyć (co oznaczają rozpoznaj, czytelniku, sam):
W sobotę (główny dzień naszego pobytu w Czechach) odwiedziliśmy między innymi Tiské stěny, czyli pomnik przyrody nieożywionej w postaci dość ciekawych formacji o formie skalnego miasta. Co dla mnie było tam najfajniejsze, to to, że po skałkach tych całkiem nieźle dało się wspinać. Było czego się chwytać, a w niektórych skałach były groty na wylot, co pozwalało przy odrobienie wysiłku przejść przez środek skały. I tylko Iwcia się zanadto mną przejmowała, sądząc, że zaraz spadnę i coś sobie zrobię. Ale nie spadłem.
Podczas wędrówki poprzez Tiské stěny ksiądz odprawił nam jeszcze mszę pośród skał. Ciekawa rzecz. Trudno się klęczało, gdy ziemia była dość pochyła.
Po Tiských stěnách byliśmy na obiedzie. I tu kolejna ciekawostka, jako iż okazało się, że bank w którym mam konto (Pekao SA) ma umowę z czeskim UniCredit Bank, a co za tym idzie mogę bez prowizji wypłacać z bankomatu pieniądze (notabene po kursie lepszym niż w kantorze, co zauważyłem gdy wróciwszy z Czech sprawdziłem ile pieniędzy mi z konta ubyło).

Niestety tym oto sposobem dla osób które przy obiedzie nie były w posiadaniu koron stałem się kantorem i gdy pod wieczór byliśmy w Tesco, trochę mnie już denerwowało, że niedługo zostanę z samymi bezużytecznymi w Czechach złotówkami, bo wszyscy wokół chcieli by wymieniać/pożyczać ode mnie korony. Ale jednak było dobrze, trochę korůn mi zostało i dzięki temu przywiozłem sobie z Czech kilka butelek czeskich piw.
A z piwem to też ciekawie. Okazuje się bowiem, że czesi co prawda piją piwa dużo, ale ich piwa są słabsze niż nasze. I tak jak w Polsce piwo ma ok. 6% alkoholu, to tam przeciętnie tylko 4%.
Ksiądz który nas ugościł miał zresztą w komórce skrzynkę piw i pozwolił się nam nimi częstować. Potem skwitował, że wypiliśmy wszystkie alkoholowe, a bezalkoholowe zostawiliśmy (ale ci co pili bezalkoholowe twierdzili, że nie jest zbyt dobre). Jednak ja mimo, że wypiłem butelkę „alkoholowego”, jakoś szczególnie jego wpływu nie odczułem. Rzeczywiście są dość słabe w porównaniu z polskimi. Raczej do picia sobie od tak niż do upijania się nimi na imprezach. Wspomniany ksiądz zresztą twierdził, że takimi słabymi nie da się upić.
A skoro już o alkoholu mowa, to na zakończenie dodam, że w drodze powrotnej załapałem się jeszcze na koniak, już w Polsce, gdy na Śląsku wpadliśmy do jednego z współtowarzyszy podróży (który z tamtych stron pochodzi) na obiad. Ale o tym cicho sza, żeby mi potem Gosia nie mówiła, że piję.
Miłej nocy!
ps. Wpis jeszcze doilustruję, jak Karina wsadzi zdjęcia na stronę DA.
Niedawno siostra ma z mamą mą znalazły na grządce zmutowaną truskawkę, w której wprost z owocu wyrastały liście i pęd. O dziwo planowały nawet jej zjedzenie. Jak dla mnie niepojęte. Ja tam bałem się nawet jej dotykać i patrzeć na nią. Kto wie, czy się zaraz w coś nie przepoczwarzy?
Przemogłem jednak obawę i sporządziłem jej stosowne zdjęcia, które zamieszczam poniżej. Na dwóch z nich dla porównania zwyczajna truskawka.
![]() | ![]() | ![]() | ![]() |

| Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej | |
|---|---|
![]() | ![]() |
| Bez ozdób | Z ozdobami |
Zdjęcia z Wilna zostały przed momentem umieszczone przeze mnie na serwerze Google'a.
Spodobało mi się na YouTube, więc i tu umieszczę:
Z Tobiaszem postanowiliśmy na rozstrzygnięcie konkursu na film wg. jednego scenariusza (będzie w grudniu) przyjść w autorskich koszulkach. Oto jak powstawała pierwsza z nich:


Dawno (półtorej roku) o mej statystyce SMSowej na blogu nie pisałem. No ale nadszedł wreszcie ów dzień, gdy znów się ona pojawia.
Na początek pochwalę się, że dane zbierane są już od dwóch lat przez co interpretacja wyników robi się coraz ciekawsza. Można już zauważać pewne tendencje, jak początkowa duża liczba SMSów od Roksany, która później spadła niemal do zera, ustępując innym osobom, w szczególności Oli, która bije wszelkie rekordy z sumaryczną liczbą SMSów od początku lipca 2006 do końca sierpnia 2008 równą 305, aby w roku 2008 i tu spaść do zera i powrócić do swej naturalnej niejako tendencji do oscylacji maksimum między Gosią (Σ=104) a Ewą (Σ=83).
Statystyka przeszła lekką reformę, teraz nie generuje się w arkuszu kalkulacyjnym, ale prosto na stronie. A dane zostały wsadzone do bazy danych. Mi tak łatwiej je gromadzić, jednak na skutek tego nie mam teraz takich fajnych wykresów jak te wymęczone, wycykane, poprzednie — na których było widać i przyrost w czasie, i udział procentowy, a nawet procenty z tych procentów.
Teraz ostały się tylko wykresy kołowe — po jednym na każdy rok i na każdy miesiąc. Kiedyś zapewne rozszerzę to jeszcze i o inne wykresy (i może będą nawet bardziej fikuśne niż poprzednio), teraz jednak to musi (narazie) wystarczyć.
Teraz jednak przejdę już do sedna, czyli prezentowania wykresów:
Inne wykresy (ogólny, oraz dla pojedyńczych miesięcy) wygenerować sobie można generatorem znajdującym się pod adresem: http://jaboja.ovh.org/stat/